Menu

Gryfnioki

otoczeni życiem

Szczeniątko Tytaniątko

cerralke

Takie małe cudo ostatnio miałam okazję obfocić. Niewiele zdjęć wyszło, bo oczywiście w tyłku robaki. </3

Mały Tytan Inter Hund.

Tsmok11

Tsmok3

 

 

Gdzie Gryfnioki? Na diecie

cerralke

Ale to wcale nie z powodu głodowego osłabienia zniknęliśmy ostatnio z internetów, ale małej awarii, która mocno utrudniła Elementowi Ludzkiemu pracę nad blogiem. Przepadł mi mianowicie system, z nim zawartość twardego dysku, tym samym zaś wcale liczne pliki, również przeznaczone na bloga zdjęcia. Pokrzyżowało to wiele planów, na przykład foto wyzwanie, w którym startowaliśmy - Element jako fotograf, Brian jako model.

Na szczęście niewiele mamy czasu na łzy, bo u nas zawsze jest dużo do zrobienia. Trwa na przykład nasza wieczna wojna z brianowymi boczkami, bowiem jak na stworzenie gatunku, który podobno nie tyje i nie ma tendencji do obżerania się, Brian wywołuje nieco zbyt wiele komentarzy na temat tego jak wspaniale jest odkarmiony. Uznaję zresztą panujące w koszatniczkowym środowisku przekonanie, że gryzonie te powinny żreć, ile chcą, za objaw pewnego delikatnego zacofania. Pamiętam, że kiedy był ze mną Fero, w środowiskach szczurolubnych forsowano pogląd, że tłusty szczur to dobry szczur, bo nie zaszkodzi mu charakterystyczny dla małych zwierząt błyskawiczny spadek wagi w czasie niespodziewanej choroby. Dziś miłośnicy szczurów mają w rękach badania - i bagaż własnych doświadczeń - twierdzące zupełnie inaczej. Dorosły szczur nie powinien sylwetką odbiegać od młodego szczura, jeśli ma być zdrowy. Nie widzę więc powodu, aby koszatniczka, za młodu posiadająca eleganckie wcięcie w talii, przypominała po dorośnięciu gruszkę na czterech łapach.

Pilnowanie diety przy koszatniczce to rzecz jasna konieczność, bo zwierzątka te nie powinny spożywać ani cukru, ani tłuszczu w przesadnych ilościach, a za to potrzebują naprawdę dużo błonnika. Wszelkie przysmaki są więc dozwolone w niewielkich ilościach, a naszym pierwszym krokiem do urody było wyeliminowanie ich całkowicie. Dieta Briana została obcięta do siana, dobrej jakości karmy i ziół. Żadnych zbóż, warzyw, owoców czy orzechów. Pilnuję też, aby nie dokarmiał go nikt inny. Równocześnie zwiększyłam Brianowi dawkę ruchu, ale to wszystko okazało się dalece niewystarczające i jego wyśrubowana waga, po początkowym spadku w dół, natychmiast zaczęła wracać do pierwotnego stanu.

Niewielu było kandydatów, powodujących tycie, szybko więc wytypowałam, że winna jest karma i zaczęłam pracować nad tym elementem diety. W pierwszej kolejności zabrałam miskę, co może nie przyniosło efektu tam, gdzie chciałam, ale zdecydowanie zmieniło behawior Briana na lepsze. Bestia nie broni już jedzenia tak wściekle jak kiedyś, skoro nabrała przekonania, że nie jest ono jakimś ogromnym dobrem do zawłaszczenia (miską) tylko czymś, co można znaleźć w ściółce. Później obcięłam solidnie rację żywnościową - i tu już efekty okazały się naprawdę dobre. Podążyliśmy dalej tą drogą.

Obecnie jesteśmy na etapie, kiedy Brian nieograniczony dostęp ma tylko do wody i siana, karmę i zioła w klatce dostaje w minimalnych ilościach, a sporą część porcji otrzymuje z ręki w czasie wybiegu, co po pierwsze sprzyja naszemu kontaktowi, a po drugie mocno go ożywia. Udało się nam nawet wypracować kilka prostych sztuczek. Wydaje mi się, że bardzo powoli, ale wkraczamy na dobrą drogę. Chociaż Brian obecnie ma na sobie więcej luźnej skóry niż tłuszczu wciąż nie wygląda do końca tak, jakbym sobie tego życzyła. Niemniej zastosowana przez nas dieta na pewno nie szkodzi jego zdrowiu, a wręcz przeciwnie i choćby tylko dlatego będziemy się jej trzymać.

img_0065_1_by_theburningtree-daknit2

Wet z klauzulą sumienia

cerralke

Drodzy moi, to się już dzieje! Zaraza się rozpełza ze świata medycyny także na świat weterynarii.

Czytam na jednej z grup, że czyjąś sukę pokrył kundel, a weterynarz odmówił sterylizacji aborcyjnej ze względu na poglądy. Do tej pory byłam przekonana, że weterynarze prezentują jednak zdrowe podejście do problemów, że wszystko na tym polu już zostało przegadane. Dokonuje się aborcji i dokonuje się eutanazji, jednocześnie nie korzystając z żadnej tych rzeczy do zabijania zwierząt, które się komuś zwyczajnie znudziły...

Okazuje się, że żyję w szklanej bańce.

Stoimy na krawędzi wszechobecnej paranoi, naprawdę. Wobec masy zwierzęcego cierpienia, wobec perspektywy zbyt młodych osobników narażonych na śmierć podczas porodu, wobec ciąż kazirodczych... stajemy przed weterynarzem, który ma klauzulę sumienia.

Tutaj ktoś po prostu nie upilnował psa, ale w świecie mniejszych zwierząt - tych zwierząt, które prawo ma w dupie, które można w sklepie kupić na karmę i wrzucać je później byle jak do siatki z zakupami, zamknięte w tekturowym pudełku - dochodzi do gorszych zaniedbań. Do rozmnażania osobników tak młodych, że praktycznie są jeszcze dziećmi. Do krzyżówek sióstr z braćmi i córek ze związku rodzeństwa z własnym ojcem.

Psu można podać zastrzyk poronny i pomijam tu hipokryzję weta, który to proponuje zamiast sterylki aborcyjnej. Szczurowi, koszatniczce, chomikowi - nie.

W naturze życie matki jest zawsze ważniejsze. Dziecko bez matki ginie, matka bez dziecka urodzi następne. Nauczmy się szanować prawa, według których działa ten świat.

Przynajmniej weci niech się nauczą, bo idziemy do nich ratować swoje zwierzę, a nie wysłuchiwać o paranoidalnych podrygach sumienia.

DSCN5571

Nie przegapić starości

cerralke

Przyznaję, że przegapiłam starość właściwie wszystkich swoich zwierząt. Zupełnie umknął mi proces. Jednego dnia były zdrowe, następnego ledwo się ruszały, wreszcie odchodziły razem z kawałkiem mnie.

Tak było z Lusią. Owszem, miała nużycę, ale poza tym była zdrowa. Nagle jednak przestała wychodzić z gniazda, trafiać do słoika-toalety, a wyprawy do misek odbywała boleśnie powoli na powykręcanych reumatyzmem łapkach. Wkrótce umarła.

Tak było z Gackiem. To był wiejski kocur, sterany w bojach i owszem, utykał, kieł miał złamany, uszy potargane, ale te szkody powstawały niezależnie od jego wieku. Pamiętam, że kiedy po raz ostatni jadł karmę w domu stwierdziłam, że jest jakiś chudy, że może pójdziemy wkrótce do weterynarza. On jednak wyszedł i nie wrócił już nigdy, łamiąc nam wszystkim serca w ten okrutny, koci sposób.

Tak było z Ferem. Jednego dnia miałam wspaniałego, ukochanego szczura, następnego ten szczur miał straszne problemy z chodzeniem i bolesność kręgosłupa, której nikt nie raczył zdiagnozować, a po tygodniu już nie żył. Odszedł, chociaż zaklinałam śmierć, by zmieniła zdanie, zostawił mnie z czarną rozpaczą i poczuciem winy, które dręczy mnie po dziś dzień.

Brian zaczyna się starzeć. Obserwuję go, czuwam, czekam. Nie chcę po raz kolejny przegapić starości i nie wiem, czy robię dobrze, bo zaczynam już czuć delikatne kłucie, zapowiedź przyszłego bólu. Widzę rzeczy, które umknęły mi u Lusi, Gacka i Fera. Widzę, że bieganie po pokoju nie jest już takie fajne jak zwijanie się na kolanach albo w polarowym hamaczku. Widzę, że "małpi gaj" w klatce, pełen lin, sputników i kładek, zaczyna sprawiać problemy mojemu koszatowi. Widzę, że to zwinne jak sam diabeł stworzenie, unika już zeskakiwania z łóżka, woli zejść ostrożnie po nodze lub ręce. Ostatnie trzy próby wskoczenia z ziemi na tapczan, coś co kiedyś było banalne i udawało się zawsze, skończyły się fiaskiem.

Moja koszatniczka dopiero zaczyna się starzeć. Właśnie skończyła pięć lat. Na swoje urodziny dostała mostek z korą i duże półeczki z surowego drewna. Wkrótce chyba dostanie polarowy domek. Widzę, że te prezenty sprawiają Brianowi radość.

Dopuściłam do siebie w pełni myśl, że Brian zestarzeje się i umrze znacznie szybciej niż ja. Wcale nie jest mi z tym łatwiej. Boję się. Coś mnie aż uciska w sercu, gdy na niego patrzę, ale to nieważne. Ważne, że chociaż raz nie przegapiłam starości swojego zwierzęcia. Zamierzam ją celebrować, zamierzam je wspierać, zamierzam cieszyć się każdym dniem, który nam został.

Życzę tego wszystkim właścicielom, których zwierzęta są stare lub się starzeją. Gdyby to coś dało, życzyłabym ich podopiecznym wiecznej młodości, ale to niemożliwe, to brzmi wręcz jak herezja.

W końcu musimy zapłacić za to, że dano nam szczęście mieć i kochać zwierzę.

IMG_00642

Więźniowie ogrodu

cerralke

Pamiętacie wpis, poświęcony rozmowie adopcyjnej? Wspomniałam w nim, że niektóre fundacje wymagają od potencjalnych właścicieli psów posiadania... ogrodu. I chociaż ów pogląd jest pozbawiony jakichkolwiek podstaw, dość powszechnym przekonaniem jest, że pies, zwłaszcza duży i aktywny, po prostu ogródka wymaga. Tymczasem przydomowy kawałek zieleni jest przyczyną nieszczęścia ogromnej rzeszy zaniedbanych intelektualnie i emocjonalnie zwierząt.

Pies jest zwierzęciem jedynym w swoim rodzaju, bo żadne inne zwierzę nie ma tak głęboko zakorzenionej chęci współpracy z człowiekiem. Ów zapał oczywiście waha się, zależnie od rasy, ale nawet najbardziej niezależny pies wciąż jest mocniej nakierowany na człowieka niż najbardziej oddany kot. To właśnie z chęci współdziałania z człowiekiem bierze się słynna psia inteligencja bo pod względem zdolności rozwiązywania problemów i pojmowania świata pies nie jest mądrzejszy od przykładowo szczura czy koszatniczki.

Jeżeli rozważamy więc, gdzie jest najlepsze dla psa miejsce, odpowiedź brzmi - tam, gdzie jest jego człowiek. Można śmiało postawić tezę, że pierwszy lepszy obszczekujący przechodniów zza płotu owczarek byłby tysiąc razy szczęśliwszy, mieszkając ze swoim człowiekiem w kartonie niż biegając po setkach hektarów równo skoszonych łąk.

Psy śpią co najmniej szesnaście godzin w ciągu doby. Cztery godziny pracy umysłowej i fizycznej zmęczy natomiast najtwardszego z nich. Pozostałe cztery godziny poświęcają na jedzenie, toaletę, żucie różnych przedmiotów, opcjonalnie kładzenie się w przejściu i patrzenie na właściciela. Wydaje się więc, że nawet pies, mieszkający w ogrodzie, przy odpowiedniej dozie zainteresowania ze strony właścicieli, nie powinien cierpieć. Poniekąd jest to prawda. Problem w tym, że mało kto spędza na ogródku osiem godzin, szczególnie w taką uroczą pogodę jaką mamy teraz za oknem. Pies mieszkający w domu z rodziną będzie więc - szczególnie jesienią i zimą - spędzał ze swoimi ludźmi więcej czasu niż pies podwórzowy. Nie bez kozery natomiast wielu szkoleniowców wręcz ze swoimi psami sypia. Nic tak nie buduje więzi jak po prostu wspólne spędzanie czasu. Także gdy właściciel psa jest niedysponowany, pies ogrodowy niejako jest skazany na separację, no chyba że ktoś lubi z gorączką i cieknącym nosem przesiadywać w deszczu przed domem. Tymczasem nawet leżąc w łóżku można psu rzucić piłkę, pobawić się z nim szarpakiem, zagrać w prostą zabawę węchową lub po prostu nakłonić go, żeby walnął się pod kocyk i towarzyszył właścicielowi w powolnym wracaniu do siebie.

Nie liczy się jednak tylko ilość czasu, ale też jego jakość. Niektóre psy sportowe mieszkają w kojcach, z których wychodzą tylko na ćwiczenia (model ten popularniejszy jest za granicą, w Polsce bardzo wiele sportowych psów to najlepsi przyjaciele swoich ludzi), ale są to ćwiczenia intensywne, regularne i długie. Siedzenie z psem na ogródku to nie jest czas poświęcany psu. Zwłaszcza jeżeli mamy rasę aktywną, pracowitą, jak psy zaganiające (owczarki, border collie, corgi). Pies będzie najszczęśliwszy, jeśli zmusimy go do używania mózgu - spróbujemy go czegoś nauczyć (nawet nie musi się nam udawać, chociaż lepiej, żeby tak było), nagrodzimy go zabawą. Bardzo wiele psów, zostawionych samych sobie, postanowi przejść na samozatrudnienie i odnajdzie swoje życiowe powołanie w obszczekiwaniu przechodniów, dewastowaniu ogródka, polowaniu na inne zwierzęta lub - w wariancie pesymistycznym - agresji, która może objawić się w najmniej spodziewanym momencie. Większość tragicznych wypadków w rodzaju zagryzienia niemowlęcia przez psa łączy nie tyle rasa winowajcy, jak to się często przyjmuje, ale właśnie zaniedbanie zwierzęcia, które znalazło sobie nieakceptowalne wśród Homo sapiens zajęcie.

Zupełnie osobną kwestią są spacery. Podobnie jak psa podwórzowego i psa domowego dzieli pod względem zachowania i więzi z właścicielem ogromna przepaść, tak jest wielka różnica między psem, który na spacery wychodzi i takim, który nie wychodzi. Stwierdzenie, że pies "się wybiega" na ogródku jest bzdurą totalną. Ogródek jest dla psa ciekawy przez krótki czas, dopóki nie pozna w nim każdego krzaczka. Wtedy w rozumieniu zwierzęcia staje się takim trochę większym przedpokojem bez dachu. Pies wywodzi się od wilka, zwierzęcia które przebywało noc w noc długą drogę w czasie polowania i też potrzebuje czasem wyjść poza obszar swojej "nory". Węszenie po chodniku, wycieczki w nowe miejsca, ganianie owadów na obcej łące - to są rzeczy, które bardzo mocno stymulują psa, sprawiają że jest on inteligentniejszy, mniej chętnie ucieka (no bo po co?) i znacząco poprawiają zachowanie zwierzęcia, którego mózg ma okazję zmęczyć się czymś innym niż wykopywanie grządek.

Oczywiście znaczenie mają różnice osobnicze czy rasa psa. Psy hodowane do samodzielnej pracy, jak kaukaz, akita, moskiewski stróżujący lub anatolian, oczywiście lubią ludzką atencję, ale nie jest im ona niezbędna do szczęścia. Ich zadaniem jest pilnowanie terenu, to traktują jako swoją pracę i służbę człowiekowi. Inna sprawa, że nie znam odpowiedzialnego właściciela kaukaza, który nie spędzałby ze swoim psem mnóstwa czasu, bo inaczej ciężko byłoby przetłumaczyć zwierzęciu o aparycji niedźwiedzia i wrodzonej agresji, że ma usiąść, kiedy pan każe, a nie odgryźć mu rękę. Podobnie psy północne, chociaż nie lubią samotności, często - szczególnie zimą - wybywają pospać na dworze. Owczarek niemiecki, o naturalnym instynkcie stróżującym, jeśli tylko dać mu wybór, prawdopodobnie spędzi większość czasu przy swoim właścicielu, ale raz na jakiś czas wstanie i wyjdzie obiec ogród, by wrócić, gdy tylko się upewni, że wszystko gra. Skoro już mamy teren, niech sobie pies po nim biega, tylko pamiętajmy, że nie zastąpi on solidnego spaceru ani ludzkiego towarzystwa.

Niejako osobną sprawą jest to, jaki pies i kiedy może mieszkać na dworze. Generalnie psy bez podszerstka - boksery, amstaffy, dobermany i inne o króciutkiej szacie - po prostu nie mogą w naszym klimacie przebywać poza domem przez znaczną część doby. O ile na spacerze rozgrzeją się ruchem, o tyle spanie na zimnie lub palące słońce mocno im szkodzą. Powinno się też zdecydować raz a porządnie, czy pies ma mieszkać na dworze, czy w domu. Nie ma sensu brać zimą psa do mieszkania, bo skoro raz wyhodował sobie solidną okrywę włosową, w centralnym ogrzewaniu nie będzie czuł się dobrze albo zacznie linieć, by zaraz wrócić na dwór. Takiemu psu, jeśli ma dostęp do zadaszenia i porządnej, izolowanej termicznie budy, nic się nie stanie. Zwłaszcza szczeniakom ciągłe przenoszenie miesza w głowie, bo fakt że raz mogą być w domu, blisko właściciela, a raz nie, budzi w nich słuszną frustrację. Jeżeli serce kraja nam się, gdy pies moknie lub marznie, po prostu rozważmy, czy nie może mieć stałego legowiska choćby w przedpokoju.

IMG_00851

© Gryfnioki
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci