Menu

Gryfnioki

otoczeni życiem

Po co te pytania?

cerralke

Taka sytuacja: piękny, kilkuletni samczyk szuka kochającego domu z powodu utraty towarzyszy i źle znoszonej samotności. Potencjalna chętna chwali się tytułem technika weterynarii, zapewnia o znajomości gatunku i mówi, że posiada dwie samiczki. Właścicielce samczyka zapala się lampka - jak to samiczki? Chętna zapewnia, że stworzy dwa stadka. Na pytanie o wiek swoich zwierząt, wymiary klatki i prośbę o zdjęcia stwierdza, że "system adopcyjny w tym kraju jest nadgorliwy" i rezygnuje.

Tutaj sprawa była podejrzana: koszatniczek nie trzyma się w stadach mieszanych, pani miała na profilu zdjęcia tych zwierząt z młodymi, czyli prawdopodobnie prowadziła pseudohodowlę, do której szukała samca rozpłodowego. Wiele osób jednak podziela pogląd, że system adopcyjny jest nadgorliwy, a umowa adopcyjna to w ogóle durne widzimisię. W końcu można w Polsce mieć zwierzę od strzała - domu szuka pełno biedactw, których właściciele chcą się po prostu pozbyć i oddadzą je do jakichkolwiek warunków.

Rzeczywiście zdarzają się przypadki skrajne. Są fundacje, które nie wydają zwierząt do domów z dziećmi czy większych psów do bloku. Nie ma to logicznego uzasadnienia. Jednak zazwyczaj gdy właściciel zwierzęcia zadaje chętnemu pytania, robi to po prostu z troski o podopiecznego. Decyzje o wydaniu pupili, o ile nie wynikają z chęci pozbycia się kłopotu, to częstokroć dramaty, bo powierzamy obcej osobie swoje wychuchane maleństwa. Wiem z całą pewnością, że ja nie byłabym w stanie podjąć takiej decyzji.

Rozmowa przed adopcją jest potrzebna zarówno adoptującemu, jak i dotychczasowemu właścicielowi zwierzaka. Warto ją wykorzystać na swoją korzyść. Osoba chętna do zaopiekowania się futrzakiem ma niepowtarzalną szansę dowiedzieć się o nim wszystkiego u źródła, a należy pamiętać, że każdy osobnik ma swój charakter, upodobania i nawyki. Ich znajomość ułatwi nam z pewnością nawiązanie wspólnej relacji. Jeżeli to my wydajemy zwierzę, pamiętajmy że po OLX, facebooku a nawet forach miłośników krąży mnóstwo osób, które chętnie położą łapy na gryzoniu za darmo, żeby potem rozmnażać go, trzymać w słoiku lub rzucić wężom - takie historie zdarzają się naprawdę!

System adopcyjny został skonstruowany tak, aby znaleźć jak najlepszy dom dla zwierzęcia. Poprawnie zastosowany, służy zarówno przyszłemu właścicielowi, jak i dotychczasowemu opiekunowi naszego adopciaka. Nie lekceważmy dokładnego sprawdzenia przyszłego domku, bo może skończyć się to tragicznie. Z drugiej strony, nie bójmy się rozmowy. Jeżeli mamy odpowiednie warunki dla koszatniczek, nie mamy czego się bać. W przeciwnym wypadku, powinniśmy skupić się na zwiększeniu swojej wiedzy i poprawieniu własnych błędów, a nie na szukaniu kogoś, kto wyda nam zwierzę bez jakiejkolwiek weryfikacji.

DSCN5733filtry

Nikt nie kocha burych kundli

cerralke

Środowisko psiarskie jest duże, zróżnicowane, pełne absurdu i jadu, a bodajże najbardziej agresywną grupą w nim są... zwolennicy adoptowani psów nierasowych. Brzmi absurdalnie, bo to oni właśnie powinni wykazywać się największą empatią i owszem, wykazują, zwłaszcza wobec psów. Problem w tym, że niektórzy usiłują do tej empatii zmusić otoczenie i dostrzegają wrogów tam, gdzie ich nie ma, na przykład we właścicielach psów rasowych.

Regularnie pojawiają się takie jednostki w grupach w rodzaju Rasowe bez domu czy inne SOS Owczarkom. Znaleźć ich można albo w edytowanych ogłoszeniach o zwierzaku do adopcji w typie rasy (albo rasowym) bądź też w komentarzach, najczęściej do zdjęcia psiaka, który ma naprawdę spore powodzenie. Wypisują długie, łzawe lub wręcz przeciwnie, przepełnione gniewem, elaboraty o tym, że tak, do tego niby-rasowego pieska to się wszyscy w kolejce ustawiacie, a przecież tyle burych, brzydkich, kulawych kundelków czeka na dom! Tfu, hipokryci!

Z jednej strony rozumiem. Każdy pies zasługuje na szansę, nieważne jak wygląda. W schroniskach pełno jest burych psów, które z charakteru mogą okazać się wierniejsze niż owczarek niemiecki i lepsze w sportach niż border collie, a z urody piękniejsze niż pudel czy york razem wzięte. Wiem, co mówię - przez lata mieszkała w sąsiedztwie przecudowna suka, która została zaadoptowana wyglądając jak duży mop, a po wizycie u dobrego groomera okazała się przepięknym sznaucerem olbrzymim. Była także wierna, przyjacielska wobec dzieci i broniła swego domu jak lwica.

Z drugiej strony, szanuję wybory innych. Sama planuję psa rasowego. Wiele osób chce rasowca, ale nie chce wydawać na niego pieniędzy, z różnych przyczyn, najczęściej durnej ideologii. Nie interesuje ich też faktyczna rasowość psa, tylko jego uroda. Szukają więc, często słyszą, że jeśli nie chcą kupić psa z prawdziwym rodowodem, to niech adoptują coś w typie rasy. Wchodzą na grupy typu Rasowe bez domu i szukają takiego właśnie zwierzaka nie po to, żeby czytać o burych kundlach. Należy im się wsparcie, bo przecież nie przychodzą z roszczeniami, tylko wspomóc bezdomną bidę, a to że owa bida wygląda jak pies rasowy nie czyni jej przecież mniej potrzebującą.

Świat niestety nie jest sprawiedliwy. Psy w typie mają większe szanse na adopcję niż szaro-bure kundelki, które niczym nie zawiniły, tak samo jak ładni ludzie generalnie mają w życiu łatwiej. Nic na to nie poradzimy. Stereotypową blond panienkę z tipsami, która pisze, że da domek ze złotymi miseczkami pseudo-yorkowi nic nie obchodzi psia bieda za kratami schronisk i żadne elaboraty tego nie zmienią, mogą najwyżej sprawić, że zamiast adoptować, wesprze finansowo pseudohodowców.

Ciężko jest znaleźć dom dla nijakich kundelków. Dla niby-rasowców z problemami, a takie bardzo często są psy z pseudohodowli, również. Nawet hodowcy miewają problemy ze sprzedażą swoich rasowych miotów. Właśnie dlatego tak ważne są sterylizacja i kastracja, żeby zwłaszcza tych burych kundli, przepełniających schrony, było mniej. Bo niestety większość domu nie znajdzie. Tym jednostkom, które mają na to większą szansę, należy pomagać z całych sił.

9

Gryzą, brudzą, hałasują

cerralke

Przyszła jesień i Brian, który - delikatnie rzecz ujmując - typowym couch potato nigdy nie był, dostał pierdolca. Przepraszam za mocne słowo, ale inaczej nie da się nazwać stanu, gdy zwierzak od momentu nakarmienia po powrocie z pracy aż do godziny jedenastej, gdy pada trupem w swojej klatce, bez przerwy jest w trybie furii i niszczycielstwa. Moje meble, tapety, listwy podłogowe i ubrania są bez szans. Odganianie działa przez chwilę, zastawianie działa dopóki Brian nie zniszczy tego, co zasłania newralgiczne miejsca - czyli też przez chwilę. Znowu zdarzają się też epizody ze skakaniem z zębami na mnie. Być może Brian po latach celibatu na własne życzenie tęskni za drugim koszem (prawdopodobnie bardziej rozszarpaniem go niż czymkolwiek innym).

Miałam tutaj długi wpis o tym, jakie koszatniczki potrafią byś wstrętne. Ale ponieważ Blox to najbardziej dziadowski serwis blogowy, na jakim byłam, wpis ten uległ anihilacji w wyniku wylogowania. Bo... tak. Dlatego wypiszę króciutko, w punktach:

1. Koszatniczki gryzą wszystko. Podobnie jak inne gryzonie, nazywają się gryzoniami nie bez powodu. Nie można ich tego oduczyć. Ciężko je upilnować. Wybieg to mimo wszystko konieczność, więc albo trzeba specjalnie przygotować pomieszczenie, albo siebie na jego zrujnowanie.

2. Koszatniczki gryzą ludzi. Zwykle tylko szczypią, gdy coś im się nie podoba lub skrzeczą ostrzegawczo. Ale dziabnąć do krwi też potrafią. Brian kiedyś, u weterynarza, uwalił mnie tak mocno, że uszkodził żyłę. Krwotok trzeba było tamować bandażem, pierwszy i ostatni raz w życiu zrobiło mi się słabo po zranieniu, całość ropiała przez tydzień, a bliznę mam do dziś.

3. Koszatniczki = bałagan. Bobki wywalone z klatki. Trociny wywalone z klatki. Piasek kąpielowy wszędzie. Siano wszędzie, u ciebie i u sąsiadów, a przede wszystkim na twoim ubraniu. Brunatne albo białe plamy moczu po znaczeniu terenu, gdzie kolor zależy od wieku "śladu zapachowego".

4. Koszatniczki nie śpią w nocy. Naturalny dla nich jest tryb: kilka godzin aktywności, kilka godzin snu. Dostosowują się mniej lub bardziej, ale w nocy i tak mogą gryźć drewno, pręty, kartony, skrzypieć kołowrotkiem lub porozumiewać się wrzaskami równie głośnymi jak ptasie. Niezliczone noce przed ważnymi egzaminami zarwałam, klnąc chłopaków na dziesięć pokoleń w przód i w tył.

Dlaczego, wobec tego, mam koszatniczki? Prawda jest taka, że gdybym wiedziała, w co się pakuję i gdybym wiedziała, że chłopaki zostaną u mnie na zawsze, nigdy bym ich nie wzięła. Potrzebowali pilnie Domu Tymczasowego i tylko dlatego znaleźli się u mnie. Nie mogę powiedzieć, że żałuję - te inteligentne, zwinne, wymagające wielkiej czujności zwierzaki zmieniły moje życie, nadały mu nową barwę. Uważam jednak, że należy wiedzieć, w co się człowiek pakuje i odpowiedzieć sobie szczerze na pytanie, czy się podoła. Już zbyt wiele koszatniczek, które nie sprawdziły się jako zwierzątko dla dziecka, musi szukać nowych domów.

IMG_1595filtry2

"I tak człowiek trafił na psa" - Konrad Lorenz

cerralke

Zaczęło się od tego, że psowaty drapieżnik przypadkiem pomógł człowiekowi. Skończyło na tym, że człowiek wyhodował zwierzę, które nie może bez niego żyć. Jest to jeden z najdziwniejszych i z najbardziej niepowtarzalnych związków w przyrodzie, a Konrad Lorenz w swoim I tak człowiek trafił na psa próbuje opisać go ze wszystkich możliwych stron i czyni to z powodzeniem.

Zacznijmy od tego, że ta w gruncie rzeczy króciutka książeczka jest niezwykle udana pod względem literackim. Wydanie PWN zawiera proste, acz urocze ilustracje samego autora, które urozmaicają barwne, snute wspaniałym językiem opowieści o życiu z psami. Lorenz ma dla czytelnika sporo swoich spostrzeżeń, dotyczących zarówno wyboru psa, zasadniczych różnic między rasami, poglądów na hodowlę, jak i ogólnie życia oraz wychowywania zwierzaka.

Zaznaczyć trzeba tylko, że spora część tego, co w czasach autora było zapewne rewolucyjne, dziś już się zdezaktualizowało. Wiemy choćby, że psy od szakala się nie wywodzą. Wiemy, że suczce wcale nie musi zdarzyć się w życiu przypadkowy miot, bo wielu się nie zdarza, mamy zresztą sterylizację. Obowiązują obecnie zupełnie inne wzorce wychowania - i w ogóle życia z psem - niż za czasów Lorenza. Warto wziąć na to poprawkę.

DSCN57391

Jak znaleźć rasę dla siebie?

cerralke

A więc chcesz mieć psa. Psa z hodowli. Nie czujesz się na siłach, by zaadoptować jakąś bidę ze schroniska, obciążoną bagażem doświadczeń, by mierzyć się z agresją czy lękami. Nie masz swojej ulubionej rasy - w każdym niemal psie jest coś, co ci się podoba. Rozsądnie postanawiasz wybrać takiego psa, który będzie idealnie pasował, jakbyście byli przez Boga ręcznie wykonani dla siebie

Zaczynasz czytać. I nagle okazuje się, że wszystkie rasy są doskonałe. Każdy jeden pies będzie wspaniałym towarzyszem, jeśli go dobrze wychowasz. Każdy jeden może, ale nie musi niszczyć, może, ale nie musi chorować, może, ale nie musi być strachliwy, może, ale nie musi stać się agresywny. Niektórych nie trzeba czesać, ale leci z nich kłak, inne trzeba czesać, ale przecież to tylko kilka godzin i cała pensja na szampony. Są i takie, z których nie leci kłak ani nie trzeba ich czesać, za to musisz wydziergać im na zimę sweterek. Rozwiązujesz rozliczne quizy typu "Jaka rasa dla mnie?" i w każdym wychodzi ci inny wynik, opcjonalnie pięć zupełnie różnych ras psów. Znajomy poleca ci kaukaza jako doskonałego psa dla początkującego właściciela. Zaczynasz wątpić.

Zbierasz się w sobie, zaostrzasz kryteria i zawężasz wybór do kilku (no, może kilkunastu) ras psów. Zaczynasz intensywnie o nich czytać, co skutkuje tylko tym, że w głowie masz pełno sprzecznych informacji na ich temat, a do tego musisz rozeznawać się w rozmaitych liniach, typach i hodowlach, żeby nadążać za kłótniami na tych wszystkich forach, gdzie się zarejestrowałeś. Ostatecznie stwierdzasz, że w ten sposób do niczego nie dojdziesz, bo każde miejsce w internecie zaprzecza drugiemu.

Dzwonisz do hodowców tylko po to, by przekonać się, że każda liszka swój ogon chwali. Hodowca z wielką przyjemnością opowie ci o zaletach rasy i nawet, jeśli zdecyduje się nakreślić także wady, zrobi to z taką gracją, że mordowanie przez owczarka wszystkiego, co żywe, niemożność wyjścia wystawowego pudelka na łąkę, zaganianie rozpędzonych tirów przez border collie wydadzą się niewielkimi kłopocikami, wymagającymi zaledwie odrobiny uwagi z twojej strony. Jeżeli przyznasz, że rozważasz też inne rasy - ooo, wtedy sytuacja się zmieni! Dowiesz się, że są to neurotyczne, chorowite, przerasowione, sfiksowane zwierzaki i ten hodowca, z którym właśnie rozmawiasz, na wszystkie świętości zaklina cię, abyś wziął cokolwiek, tylko nie tego pokręconego aussie/wyżła/husky.

Decydujesz się nie ufać już nikomu i niczemu, tylko własnym oczom. Umawiasz się w hodowlach oraz na eventach w całej Polsce i wyruszasz w podróż. Na tym etapie nikogo już nie dziwi, że zwalniasz się z pracy na tydzień, by oglądać psy. I tak od miesięcy zapominasz kanapek, a za to zagadnięty znienacka recytujesz rodowody wybitnych przedstawicieli losowych ras. Kiedy wracasz po owym tygodniu, wiesz tylko jedno - poznałeś mnóstwo psów, które ich właściciele uwielbiali, z którymi się dobrze bawiłeś, które były dobrze wychowane. W niczym ci to nie pomogło.

Dociera do ciebie, że musisz wrzucić na luz. Zaczynasz dzielić wszystko, co czytasz, przez dwadzieścia, bo i tak w większości pisali to ludzie, mający kontakt z zaledwie kilkoma egzemplarzami rasy. Oglądasz zdjęcia psów, nie boisz się odrzucać ich ze względów estetycznych. Skoro już wyselekcjonowałeś ileś-tam ras pod kątem charakteru, możesz sobie na to pozwolić.

Już wiesz, że nie istnieje idealny pies. Każda rasa ma problemy, które będziesz musiał wypracować. Zawsze coś może pójść nie tak. Pies to żywe zwierzę, a nie gotowy, zaprogramowany sprzęt, działający według instrukcji. W końcu znajdziesz sobie może nie idealną rasę, nie idealny egzemplarz, ale czworołapego przyjaciela. Tego ci życzę. Skoro niektórzy mogą miesiącami wybierać samochód, ty możesz miesiącami rozważać kupno psa. Ono jest znacznie dłuższą i ważniejszą inwestycją.

WP_20160730_17_43_45_Pro2

© Gryfnioki
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci